|

Gitara dla każdego gitarzysty (nie wnikam tu w stopień jego zaawansowania,
a chodzi mi jedynie o kogoś, kto tworzy sobie bądź komuś jakiś tam akompaniament) jest zapewne czymś
wyjątkowym, a przynajmniej większość wspomnianych gitarzystów pragnie by taka właśnie była. Można tu
porównać jej status do dobrego samochodu dla kierowcy rajdowego, soczystego jabłka dla jabłoni,
pięknej i jedynej w swoim rodzaju kreacji dla kobiety czy niepowtarzalnie wielkiej kości dla pieskiego samopoczucia.
Trudno tu polemizować.
Jedna z moich gitar jest właśnie taka. Zaczątek mojej z nią przygody sięga zakątków pewnego
podziadkowego, nieistniejącego już niestety domu na kurzej stopie przy ulicy Norwida 4 w Środzie Wielkopolskiej
(nieopodal Poznania), w którym
pewnego razu w głowie mojego serdecznego Przyjaciela i od tamtej pory Sąsiada i Majstra (pisane wielką literą bo
jednocześnie
są to jego kolejno - drugie i trzecie imiona), Marka Gordzieja powstała gitarowo - lutnicza idea
(zaczyn dzisiejszej Pracowni Lutnictwa Artystycznego),
dla której jak tylko nadarzyła się taka okazja, czym prędzej opuściłem ciepłe pielesze stolicy, by przyjrzeć się jej z bliska.
I tak po półtora roku takiego czynnego
przyglądania się owej pięknej idei co stała się faktem postanowiłem pod okiem i za sprawą cennych rad mojego Sąsiada zrobić
taką gitarę dla siebie, jako poniekąd sprawdzian mojej lutniczej wiedzy i umiejętności. Biorąc pod uwagę fakt, że zwykle szewc
w dziurawych butach chodzi, dalsze półtora roku jej tworzenia nie są czymś nadzwyczajnym. Ale ostatecznie się udało i gitarra
moja pięknie gra i niezaprzeczalnie jest jedyna w swoim rodzaju (co muszę tu przyznać pomimo mojej wrodzonej skrytości
skromności).
|
|
|
| Historia starej gitary zwieńczona pamięcią telefoniczno-fotograficzną
|
Oprócz gitary częściowo już tu opisanej, posiadam jeszcze trzy inne, z których jedna jest tak samo szczególna jak powyższa. Wszedłem w jej posiadanie niczym pewien znany Hobbit - Bilbo Bagins w posiadanie sławnego Pierścienia Władzy (pomijając mały epizod z ucieczką biedaka z pieczary), przy czym od razu dodam, że gitara jeszcze nie skończyła tak jak ów cenny artefakt, a nawet wręcz naprzeciwko! Nie zarzekam się, że również kiedyś nie spłonie i jej los się w ten sposób dopełni, ale trochę wody w Wiśle jeszcze do tego czasu upłynie.
Pewnego wiosennego wieczoru, A.D. 2008 umówiłem się z charyzmatycznym, nieprzejednanym, nieugiętym, nieustępliwym, nieustraszonym warszawskim poetą - Piotrkiem Brymasem (autorem książeczki z pięknymi wierszami pt. "Śpiewnik ojca Ineczki" i naczelnym poetą mojego frenda Daniela Gałązki) na małą wiśnióweczkę nieopodal Akademii Muzycznej. Przysiadłszy sobie na ławeczce tuż przy dziecięcym placu zabaw omawialiśmy ramy pewnego projektu, który to projekt w efekcie wyszedł mi bokiem, ale nie ma tego złego. Co nas nie zabije, to nas wzmocni! W Wielkopolsce mówi się też: "Jak nie my ich (Kaziuk), to oni nas!" (Kaziuka sam tu wcisnąłem parafrazując pewną scenę z "Siekierezady"). Spełniwszy ów wspomniany już trunek (a nawet dwa) poszli my w kierunku Krakowskiego Przedmieścia, bo późno już się zrobiło, a tam jest pewien lokal całą noc na wędrowców otwarty, gdzie u Pana Romana za barem wielkopolskiego gzika i jakiegoś mazowieckiego śledzika można przyjąć, popiwszy czym akurat wola w narodzie. Szliśmy więc, uściślając, do półokrągłego baru u Gesslerowej. Po drodze - patrzymy, a obok miejscowego śmietnika wystaje gitara z żółtej miski. Rozglądam ci się ja po okolicy - żywej duszy brak (oprócz Brymka, bo wtedy jeszcze wyglądał jak żywa dusza, podobnie jak ja). Gitara stoi odizolowana od ziemi żółtą miską jak już napomknąłem. Żółta miska to mi nie potrzebna (pomyślałem, bo jeszcze mogłem takie "czynności życiowe" wykonać), ale gitara to już inna sprawa. Przejść obok bezpańskiej gitary i nic? To tak jak z gołą babą w windzie! Co prawda małe jakieś to to i nie wyględne, ale najwyżej wyląduje na ścianie jako atrapa. Nie zastanawiając się nazbyt zabrałem ją na pyfeńko. I tak oto, około godzin porannych (ale przed świtem! porządnym trza być!), stanąłem we drzwiach, a moja biedna Kasia zaczęła zadawać pytania - co to jest?, odpowiedź - gitara, pytanie - skąd to masz? odpowiedź - znalazłem, pytanie: ile wypiłeś? odpowiedź - znalazłem!, pytanie - jak to znalazłeś? odpowiedź - w misce stała (żółtej) i znalazłem, zadzwoń do Brymka to Ci powie, może jeszcze nie śpi. Ale nie zadzwoniła. Może dała wiarę, a może było już za późno. Jak nie my ich, to oni nas, Kaziuk!
Po wstępnych oględzinach, które odbyły się następnego ranka przy kawie, szybko się okazało, że gitara jest wykonana z litego jaworu, (płyta spodnia, boczki, szyjka, główka, strunociąg i podstrunnica) częściowo barwionego na czarno, częściowo na coś podobnego do złamanego brązu połączonego z fioletem (?) a częściowo (mam na myśli teraz płytę wierzchnią) na ciemny bursztyn i świetnego, bardzo drobnosłoistego świerku (płyta wierzchnia). Na karku instrument posiada około 80 może 100 wiosen, ma mosiężne maszynki (klucze), i progi również z mosiądzu, jest siedmiostrunowy, prawdopodobnie wykonany w Niemczech (zresztą baaaaaaaardzo podobny instrument, o tych samych parametrach, mój Sąsiad - Marek Gordziej, remontował nie dalej jak miesiąc wcześniej). Jakieś dwa miesiące chodziłem na około tej gitary licząc pęknięcia, ubytki i problemy, które trzeba by rozwiązać, jeśli bym się zdecydował na podarowanie jej nowego życia, a sobie kolejnego nietypowego instrumentu. No i stanęło, że mogę dać radę, o ile materiał (drewno) się w trakcie renowacji nie rozleci. Się nie rozleciało, ale łatwo nie było.
Remont starej gitarki zacząłem od otwarcia instrumentu, czyli oddzielenia składowych korpusu od siebie (boczków od płyty wierzchniej i spodniej). Nie było to wcale trudne, bo gitara klejona była na klej kostny, który w kontakcie z wodą traci swoje właściwości, w czym jego wielka zaleta w odróżnieniu od klejów syntetycznych używanych obecnie przy gitarach manufakturowych. Powstały w ten sposób cztery oddzielne elementy gitary do indywidualnego poskładania przed ponownym ich złożeniem do stanu wyjściowego (płyta wierzchnia, płyta spodnia, boczki i szyjka). W efekcie spodnia płyta doczekała się wymiany wszystkich belek i posklejania około dziesięciu pęknięć w jej obrębie. Płyta wierzchnia podobnie, przy czym belki pozostały oryginalne (wystarczyło je po sklejeniu płyty w całość, podoklejać i oczyścić). Boczki po posklejaniu pęknięć mają teraz dodatkowe beleczki wzmacniające i stabilizujące. Szyjka posiada nową, palisandrową podstrunnicę, oczywiście nowe progi i wzmocnienia na główce gitary w postaci fornirów (z jabłoni i palisandru). Gitara ma nowy strunociąg, również z palisandru, z hebanowym prożkiem dolnym i nie jest już siedmiostrunowa, (co prawda wpływa to niekorzystnie na wartość historyczną instrumentu, ale z tej nie zamierzam w przyszłości korzystać, dochodząc do wniosku, że i tak jakimś cudem uniknęła swojego finału).
Od chwili rozebrania gitarki do chwili poskładania jej w całość i wydobycia pierwszych dźwięków minęło 3 miesiące mojego wolnego czasu. Przed nią jeszcze położenie lakieru z kolorem, zamontowanie elektroniki, chrzest i nadanie imienia, czyli impreza jakaś ;). Dokumentacja fotograficzna jest niestety niekompletna, bo niektóre etapy mojej pracy zamiast w telefonicznym aparacie uwieczniłem na filmikach, których obróbka związana z ich słabą jakością przekracza już moje chęci zajmowania się tą sprawą, zwłaszcza, że nowa gitara jest dla grajka (o mnie tu mowa) bardzo inspirującym narzędziem.
|
|